DROBNI MIESZCZANIE W ANDACH - DZIENNIK NIEKTÓRYCH WRAŻEŃ

1 dzień. Poniedziałek
Nocny pociąg do Warszawy, bardzo wyczuwalny w rejonie kibli. Samolot do Amsterdamu i stamtąd do Limy. Dla mnie i Piotrka pierwsze loty za płoty. Monitor pozwala śledzić aktualne położenie – w pełni świadomie przelatujemy nad chmurami pod którymi są nieświadome Karaiby i Amazonia. Po 13 godzinach lądujemy w Limie, która już przez okno wygląda jak ogromne zaplecze Placu Imbramowskiego, którego przestrzeń organizują kolorowe skrzynki i zużyte kontenery. Jak się zaraz okaże, są to dzielnice mieszkaniowe . Połowa ludzi na lotnisku, to taksówkarze oferujący jazdę za potrójną cenę. Jest też Norma Plasentia z napisem „Oleksy” , nasza pani Anioł Stróż. Jedziemy taksówką. Symfonia klaksonów, służących do auto-prezentacji. Pozwala ona uniknąć masakry, kiedy na trzech pasach Limańczycy ad hoc improwizują kilka dodatkowych. Rzeka aut płynie nieprzerwanie i ma się wrażenie, że tylko dzięki klaksonom. Hotel Melodia, który miał być tuż przy lotnisku, osiągamy po dwudziestu minutach jazdy przez miasto. Jest bardzo a' propos – ciasny, przykurzony, z miłym personelem. Norma przedstawia nam plan na najbliższe dni i żegnamy się. Krysia zapada w sen, idziemy z Oleksiakiem do KFC – dużo tam innych eleganckich inteligentów, bo to prestiżowe miejsce. Programowo odrzucamy lokalną kuchnię wraz z poinkaską florą bakteryjną, gdyż ponoć powoduje ona dwudniowe kłopoty a mamy mało czasu. Kładziemy się o 22giej, czyli o polskiej 5tej nad ranem.

2 dzień. Wtorek
Z Atlanty dołącza Jacek, mój odwieczny koleżka (nie jedyny, Tymonie). Wpada pod nasz natrysk, zjadamy śniadanie i ok.8mej siedzimy w samolocie do Cuzco – stolicy Imperium Inków. Lądujemy po godzinie z hakiem na 3500 m n.p.m. Przytyka nas z tego powodu. Ale jest słonecznie, rześko i pachnie przygodą. Pomimo tej wysokości jesteśmy w otoczonej Andami dolinie. Tu również pani Anioł – tym razem Mariela – indiańska księżniczka. Nadajemy jej imię Anioł Mariola. Miasto malowniczo biedne. Hotel, który mógłby stać w robotniczej dzielnicy Pabianic jako magazyn przędzy. Z odręcznie wymalowanym napisem Savoy. Ale wewnątrz całkiem miło. Mamy ponad 3 godziny czasu do 14tej – wtedy, z całą grupą przejmie nas tata Marioli, który jest przewodnikiem. Centrum Cuzco jest stworzone do spacerów. Spacerujemy dwie godziny, jemy i zabiera nas busik. Tata Marioli, przez kolejne 5 godzin ze swoistą dumą i godnością osobistą kreśli podział na to co poinkaskie i to co kolonialne. Łazimy kompletnie oszołomieni. Hiszpańska nadbudowa wygląda na inkaskiej bazie jak krakowska szopka na obciętym parowozie. Tata Marioli pokazuje fragmenty murów, które przed Hiszpanami pokryte były złotą blachą. Zdarli ją i odsłonili kamienie. Poddane obróbce i poukładane z bezlitosną precyzją, jakby to one były robione na pokaz. Jakby – nie wynalazłszy koła – dysponowali jednak pełnym asortymentem Castoramy. Potem twierdza Saqsayhuaman zbudowana z megalitów osiągających 200 ton. To ponad siły jakiejkolwiek istniejącej suwnicy portowej. Pasują do siebie jak brytyjskie puzzle, choć też są w kształcie misiów. Świątynie wody, słońca – Qoriqancha, Qenqo, Puca Pucara, Tambomachay. Za dużo tego. Jesteśmy zatkani. Jutro Machupicchu.

3 dzień. Środa
O poranku słońce. Mamy przed sobą 4 godziny w pociągu i nadzieję, że słońce też dotrze na miejsce, które spowite mgłą mogłoby przypominać inne miejsca spowite mgłą. Ruszamy w czwartej próbie, po trzech zakrawających na zagładę Kolei Peruwiańskich – rozpęd do 10km/h i po kilometrze stop bez hamowania, ale za to z hukiem jak przy upadku cywilizacji. Bagaże lecą z półek, my sobie w ramiona. Za trzecim razem nikt się nie śmiał. Żeby opuścić pociągiem Cuzco, trzeba wykonać zygzak po zboczu, bo jak już wspomniałem miasto leży w kotlinie. Odnosi się przy tym wrażenie, że aby osiągnąć właściwą trajektorię, Peruwiańskie Koleje posłużyły się jakimś pługiem, który nie bacząc na rodzaj tkanki (skała, stado zwierząt, zabudowa mieszkaniowa) parł do przodu póki miał przyczepność, następnie przepinał trał na drugą stronę i parł odwrotnie, z każdym zwrotem nabierając wysokości. W efekcie ocieraliśmy się oknami o sceny rodzinne, psy w chlewikach, oraz dzieci radośnie machające rączkami. Jak pług urwał pół domu, to tak już zostało. Po jednej stronie wagonu były ściany i wnętrza z ludźmi oraz inwentarzem, a po drugiej dachy i nabierająca coraz więcej powietrza, coraz bardziej dostojna Panorama Miasta. Przechyły wagonów współgrały z ogólnym wrażeniem kruchości mijanych struktur. Trwało to pół godziny. Potem nastąpiła podróż przez Andy. Na początku suche i rude – zgodnie z kalendarzem. W pewnym momencie dostrzegliśmy strumień, który już pozostał z nami, z czasem rosnąc i obrastając coraz zieleńszą szatą. Wjechaliśmy w równikową dżunglę. Spieniona rzeka, którą stał się strumień, to Urubamba, będąca połową Ucayali, będącej połową Amazonki. Czyli jakby babcia Amazonki. Dotarliśmy do miasteczka Aguas Calientes. Kolejny przewodnik wiedzie nas do autobusu. Wsiadamy i już po chwili pniemy się całkiem szybko ostrym trawersem, co dwie minuty mijając autobusy zjeżdżające. Droga jest wąska, z nielicznymi mijankami, a mimo to nie zwalniamy, dokładnie w punkcie trafiając na jadących z powrotem. Mistrzostwo świata, z ziejącym dookoła zielonym, wieloplanowym masywem Machupicchu. Słońce na szczęście jest z nami. Odbiera nam mowę. W ciszy i w pokorze poddajemy się drobnomieszczańskiej egzaltacji. Wszyscy pasażerowie reagują podobnie - spoglądają to na krajobraz, to na siebie, tak jakby szukali u innych potwierdzenia tego co widzą. A potem zobaczyliśmy miasto, zbudowane tutaj dla zwykłych ludzi niedłiugo przed konkwistą, odnalezione niespełna 100 lat temu. Zrobiliśmy 1000 zdjęć próbując zawłaszczyć piękno. Nie dało się. Jak zawsze pozostało nietknięte, nieosiągalne, obojętne, gdzieś na zewnątrz nas.

4 dzień. Czwartek
Rano burza, potem leje i mgła. Samolot z 11.15 przesunięty na 14.30. Niespodziewany czas na odrobinę Cuzco. Krysia wyławia wśród straganów kawałeczek spatynowanego brązu. Nożyk – półksiężyc z centralnym trzonkiem, ozdobionym główką kreatury. Bagaże już nadaliśmy do Limy, więc musimy mieć go w podręcznym. Ludzie jakoś bardziej namacalni po doświadczeniu mijanych wsi i przedmieść. Wielobarwni i etnologiczni, ale też umęczeni, bo zatrudnieni w przemyśle turystycznym, niczym Łysek w przemyśle wydobywczym. O 14.30 nie było szans na wylot z Cuzco przed sobotą. W poczuciu beznadziei włóczymy się po lotnisku. Spotkana Karen z USA pociesza, że nikt ze znajomych, którzy jej polecili wycieczkę w te strony nie opuścił Cuzco zgodnie z planem. O 16tej zapowiadają odlot. Z trzech odwołanych typują akurat nasz numerek. Ludzie biegną. Obsługa lotniska usiłuje pozorować działania porządkowe. Pada na nożyk Krysi, który poprzednio, kiedy był spokój, zaliczył bramkę. Teraz jest potencjalnym narzędziem terroru. Obok Al Kaida spokojnie przenosi wory z pancerfaustami. My z Al Kaidy – wyjaśniają. Bramkarz uśmiecha się służbowo i życzy udanego zamachu. Nożyk ląduje w kieszeni munduru. Nie ma czasu by zrobić cokolwiek. Jesteśmy w Limie po zmierzchu. Nici z zachodu słońca nad Pacyfikiem. Jedziemy na Plac Armii, czyli jakby do rynku. Jest dość majestatycznie, zwłaszcza że armia rzeczywiście pilnuje Pałacu Prezydenckiego. Pozują do zdjęć za złotówkę. Kolacja w T.G.I Friday. Polecam, jak gdzieś traficie.

5 dzień. Piątek
Wylot do Santiago de Chile dopiero po 7mej. Tym razem bez urozmaicenia. Lecimy przy dobrej pogodzie. Po lewej stronie białe Andy, po prawej Pacyfik. Lądujemy w zupełnie innym świecie. Wygląda jakby właśnie skończyło mu się Euro 2012. Santiago to metropolia w europejskim sensie. Po zakurzonej i zmęczonej Limie uderza kontrastową świeżością i nowoczesnością. Jedziemy wynajętym autem i szukamy centrum. Mercado Central to miejsce gdzie stoliki restauracyjne sąsiadują ze straganami pełnymi owoców morza. Wszystko pod żeliwno-szklaną strukturą z drugiej połowy XIXw. Zamawiamy królewskiego kraba, który wygląda jakby nieustannie pozorował ucieczkę. Nie mieści się na półmisku. Po chwili, przy pomocy kelnera, przeistacza się w wielkie, soczyste kęsy, by po kąpieli w czosnkowym maśle i soku z cytryny napchać nam trzewia. Pycha. Mamy przed sobą jazdę do Vallo Nevada – ośrodka narciarskiego, uchodzącego za najlepszy w kraju. Jesteśmy grupką ubogich duchem – martwi nas kwestia łańcuchów do naszej przednionapędowej toyoty na letnich oponach. Jest piątek, szczyt sezonu, nie mamy zarezerwowanych noclegów i nie wiedzieć czemu TO nas nie martwi. Kończy się po trzech godzinach całowania klamek. W schronisku, na wojskowych pryczach, bez ogrzewania, pod kocami zrobionymi na pierwszy rzut oka z krowich odchodów. Oleksiak jest szczęśliwy. Robi film dokumentalny pt. „Na na na na na przygoda”. Krysia zdradza objawy irytacji, graniczącej z padaczką i udaje się na spoczynek. My z Jackiem oraz butelką JB spotykamy w kominkowym dwóch facetów w podobnej sytuacji (kobiety i dzieci też ich opuściły). Jest miło, kładziemy się po 1szej, pełni nadziei na nowy dzień.

Noc z piątku na sobotę.
Leżę na pięterku. Moja prycza jest wykonana z drabiny okrytej kocem. Cierpię co 10cm. Udaje mi się usnąć o 4tej po wciągnięciu na siebie zawartości walizki i ułożeniu pod sobą koców. O 5tej (11ta czasu polskiego) do Oleksiaka dzwoni koleżanka. Czuję się jak plasterek boczku w lodówce, na drucianej półce.

6 dzień. Sobota.
Poranek. Śniadanie w schronisku. Milczymy. Zaraz wyruszamy w górę – tam są hotele, niemożliwe, żeby wszystko było zajęte, w Chile nie jest drogo, dolar po 2 złote, więc zbyt drogie dla Amerykanów, wolne pokoje MUSZĄ na nas czekać w przystępnych cenach. Tyle, że oprócz szczytu w Vallo Nevada, musiał wystąpić szczyt demograficzny w USA. Skąd mogliśmy to wiedzieć?! Był jeden wolny apartament. Akurat dla 4ch osób. Za $900. Wydało nam się drogo i zawahaliśmy się. Na szczęście natychmiast wziął go Argentyńczyk, jeden z tych dwóch z kominkowego. Jego żona była widać w gorszym stanie niż Krysia. Może mieli rzadsze drabiny w pryczach. Po godzinie w kolejce wypożyczyliśmy narty. Po następnych paru godzinach świat znów wydał nam się piękny. Trasy w Vallo Nevada bardzo przypominają alpejskie, ale wyciągi już mniej. Są to wyłącznie krzesełka i orczyki robione chyba 20 lat temu na domowych giętarkach. Dlatego mają dość przypadkowe kształty, przez co niektóre z nich pasują tylko do niektórych. Np. do bardzo niskich. By to poczuć, wystarczy się zagapić, a jest na co. Najwyżej położone stacje sięgają 3,5 km n.p.m. i otaczają je szczyty wznoszące się do ponad 6ciu tysięcy. Duuuże góry... Kończymy przed piątą i jedziemy do Los Andes. Tam są noclegi. To 45 minut od Portillo – innego kurortu w Andach i godzina od Valparaiso nad Pacyfikiem. Przytulne pokoje z normalnymi łóżkami i pyszne sauvignon blanc z doliny Casablanca, sprawiają, że harmonia powraca w nasze skołatane jaźnie. Sponiewierane jestestwa. Zmasakrowane życia wewnętrzne.

Noc z soboty na niedziele.
Jacek zagryzał wino pomidorowymi czipsami. Są jak suszone pomidory, tylko suchsze i twarde jak deska. Zjadł ich jakiś kilogram i tak się zachwycił, że zjadł jeszcze kilogram. Rzyga od drugiej w nocy. Piotrek, który dzieli z nim pokój też nie pospał.

7 dzień. Niedziela.
Mamy kilka hipotez. Najbardziej wygląda to na urwaną wątrobę. Z poważnym przemieszczeniem. Zostawiamy go w pokoju i idziemy pospacerować. Los Andes jest urocze. Ma ortogonalną siatkę ulic, które tworzą parterowe, kolorowe pierzeje. Ostre barwy bezwstydnie sąsiadują ze sobą, wdzięcząc się śliczną dysharmonią, a każdą perspektywę zamykają Andy. Są dookoła i sprawiają, że czujemy się jak na dalekiej wyprawie – wśród palm i drzew pomarańczowych, z których w dużej części składa się publiczna zieleń. Dosłownie jak w Chile. W mieście trwa festyn. Są stragany, pobrzmiewa jakieś disco-chilo. W południe decydujemy się jechać do Portillo. Docieramy przed pierwszą i mamy przed sobą trzy godziny jazdy. Jacek większość czasu spędza leżąc w świetlicy na stole w pozycji pijanego biesiadnika. Wracamy o zachodzie, który jest inny niż jakikolwiek nam znany. Chmury tworzą srebrzysto purpurowe fale, pokrywające całe niebo. Niżej białe Andy. Stajemy na poboczu i gapimy się. Jacek beka z nabożnym podziwem. Ma wrażenie że go puszcza.

8 dzień. Poniedziałek.
Śnieg zasypał drogę do Portillo. Jedziemy zatem do Valparaiso. Droga, to autostrada wiodąca przez doliny pełne winnic. Wyżej trochę Inkaskich tarasów, od których otaczające nas góry wzięły nazwę - Andes. Malowniczo. Po godzinie jesteśmy nad Pacyfikiem, w wiosce Concon, przy ujściu rzeki Aconcagua. Stamtąd, wzdłuż wybrzeża można przejechać przez Vińa del Mar do Valparaiso. Tak robimy. Same hotele i knajpy. Bardzo kurortowo. Pomimo środka zimy jest +20 i słonecznie. Gigantyczna plaża jest prawie pusta. Oleksiak wskakuje do morza na zaślubiny z prądem Humboldta, który powoduje zmianę barwy młodego człowieka na niebieską. Woda ma jakieś – 10. Nie ma mew, są pelikany. Dziwnie w przyjemny sposób.

9 dzień. Wtorek.
Portillo i okolice wyglądają jak panna młoda pod świeżo upranym welonem. Jazda w puchu, stanowi główny powód tak licznej frekwencji w tych górach. W Andyjskich ośrodkach można zjeżdżać zewsząd. Nie ma przymusu poruszania się po wyznaczonych trasach jak w Europie i w Stanach. Z tego też powodu Jacek wrócił tam, pociągając nas za sobą i z tego powodu dla Piotrka była to ekspedycja celowa. Cóż. Zjechali po trzy razy i puch się skończył. Jackowi przy wysiłku znów odpadł jakiś organ i znów zaległ w świetlicy. Doświadczenie roziskrzonej bieli na drugi dzień po złoto-zielonym Valparaiso było warte zawiśnięcia na wyciągu. Orczykowy didżej w okularkach ze Startreka i w ipodzie, podrygiwał do Pump It Up w wystudiowanym rozkroku. Jedną ręką poprawiał grzywkę, drugą imitował rytmiczny ruch lassem. Jechaliśmy we trójkę na potrójnym krzesełku. Po raz piąty na trasie Los Zorros. Zsiadamy. Wtedy nastąpiła dyscyplina BHP nr 42, zawiśnięcie podgardlem na podnóżku z włóczeniem na karuzeli współdwuzwrotowej. Rura od podnóżka wpadła mi pod pasek od kasku w sposób nie do wymyślenia (kto by wymyślił, że to na tę okazję trzeba mieć zapięty kask??). No więc trajektoria podgardla zsiadającego pasażera o wzroście 177, przecina się z orbitą podnóżka. W każdym razie na tym konkretnym krzesełku. O innych nic złego nie powiem, poza tym, że niektóre były do niego trochę podobne. Nie wiemy czy odchylaliśmy pałąk w ostatniej chwili, czy odbił się i wracał, czy środek ciężkości miał z boku. Zawisłem w sposób nagły i nieodwracalny i wlokła mnie rzeczona karuzela jak półtuszę w Rocky1. Reakcja Oleksiaka stała w diametralnej sprzeczności ze znaną mi częścią jego natury. Krzyknął najpierw, odwracając uwagę orczykowego od krajobrazu, co spowodowało zatrzymanie urządzenia. Następnie podniesionym głosem, udzielił mu wielozdaniowej reprymendy z krótkim szkoleniem BHP, wskazującym na zagrożenia niesione przez tutejszy sprzęt oraz na związane z tym powinności osoby na jego stanowisku. Wtedy Krysia przez chwilę zatęskniła za schroniskiem. Ale skończyło się na strachu, gdyż mam mocne podgardle. W Los Andes Jacek spożył lekkostrawną zupę, ja zaś coś obślizłego, łatwego w połykaniu, chyba zwierzę.

10 dzień. Środa.
Jeszcze raz Portillo. Choć nie przybyło puchu, Jacek uznał, że już mu naprawdę przechodzi i że chciałby godnie pożegnać się z górami. Jakoś tak lekko nam było na sercach, mimo że doniesienia z olimpiady były smutne. Przyjaciel nasz dość szybko udał się do świetlicy, gdyż wleczona wątroba zawadza w zjeżdżaniu w przeciwieństwie do wyleczonej. Powiedzmy to uczciwie – przeszło mu dopiero dwa dni po powrocie. Nie jedzcie nigdy, pod żadnym pozorem czipsów z pomidorów, jeśli nie są zmielone, ugotowane, przesypane wapnem, zmielone i ponownie ugotowane. Nam tymczasem było lekko, bo odżywialiśmy się produktami lekkostrawnymi. Bo kończył nam się pobyt w Nowym Świecie, który – pomimo, że w dużej części nieprzemyślany i improwizowany – odchodził w przeszłość jako bardzo udane wakacje. Siedzieliśmy w hotelowym barze w Portillo. Zielonkawy na obliczu Jacek zamówiwszy lekką zupkę dzielnie nam towarzyszył. Podszedł chłopczyk i poprosił go o nuty do „Sto lat” (Jacek jest wielkim waltornistą, profesorem od muzyki i nie bez kozery nazywa się Muzyk). Chłopczyk był płowowłosym naszym rodakiem, który wraz z bratem spędzał tam wakacje pod okiem trenera od nart, będącego otóż w przyjaźni z pechowym zjadaczem drewna z pomidorów. Malcy (12 i 14) poznali się na Jacku rok wcześniej, uznali więc, że co jak co ale „Sto lat” chyba umie. Ponieważ ten pobyt Jacek odbył w półśnie, trudno mu było udzielać się towarzysko. Skoro jednak dopadł go chłopczyk, Jacek zapytał o trenera. Śpi – odparł chłopiec. To jak się obudzi, pozdrów go i pożegnaj ode mnie – poprosił chory. Chłopczyk po prostu odbiegł, rzucając za siebie – to ja go zbudzę. W ten sposób poznaliśmy Kaktusa, czyli Andrzeja Bielawę, który po wymianie poglądów na tematy olimpijskie i ogólnoludzkie ujawnił się jako były nasz zawodnik z czasu Tlałek. No i cóż, zgadało się. Yeti, na czele z Agnieszką, ma od Kaktusa ciepłe pozdrowienia.

11 dzień. Czwartek.
Pozostaje zapłacić za hotel i udać się do Santiago. Nie obsługują kart. Nie mamy gotówki. Bankomaty nie płacą – ani Visie, ani AmExowi, ani MCardowi, ani nic. To przełknęliśmy zaraz na początku i nauczyliśmy się z tym żyć, po tym jak pierwszego dnia w Santiago poddało się dwóch pracowników tamtejszych banków, stwierdzając, że karty mamy niedobre. Spróbowaliśmy – osobno ja, osobno Jacek – faktycznie, niedobre. Były bardzo dobre w knajpach, w sklepach i na stacjach benzynowych, tylko złe przy bankomatach. Przyszłoby wam do głowy pytać czy hotel przyjmuje karty, jeśli przyjmują je nawet stragany z pamiątkami? nawet fastfudy? Niewyraźnie się zrobiło. Przypomniało mi się, że widziałem w miasteczku szyld ING. Wyruszyłem po kasę. ING okazało się zakładem fryzjerskim, który dwa razy w tygodniu po dwie godziny konsultował problemy związane z ING, ale nie wiem jakie, bo nie umiem po hiszpańsku, a oni po polsku. Wiem, że czwartek nie był właściwym dniem. Odwiedziłem kolejny bank. Kolejny mówiący chyba po hiszpańsku i zacny bankowiec wziął moją kartę i poległ przy ścianie. Wziął drugą i znów poległ. Ale! Przecież jest proste wyjście – idziesz do supermarketu, dajesz kartę, mówisz ile, dają ci gotówkę. Serio? Spoko! Rozmowa z mojej strony w autorskiej wersji esperanto. Ruszyłem do wskazanego sklepu. Pogadałem z panią w biurze obsługi klienta i ona, kochana, potwierdziła promiennie, że dostanę pieniądze w kasie sklepu. Była dumna, że może mi pomóc. Ja byłem dumny, że nas uratowałem. Wypłacali z limitem do 20 000 pesos. Potrzebowaliśmy 200 000. Wróciłem do hotelu, żeby policzyć wszystkie karty. Brakowało paru. Poszliśmy do HIPERmarketu licząc na większe limity. Nie zrozumieli o co nam chodzi. W desperacji Jacek jeszcze raz klękną przed bankomatem. Udało się. Spróbowałem i ja. Wypłacił. Aaaaaaaaaaaaaa
Wróciliśmy do hotelu, gdzie zupełnie się nas już nie spodziewano i uiściliśmy rachunek. Znowu w Santiago, znowu w Limie. Kolacja i żegnamy się z Jackiem – o północy wylatuje do Stanów. Dzięki bracie i zdrowia.

12 dzień. Piątek.
Wylatujemy o 18tej, mamy więc trochę czasu. Krysia marzy o sztuce prekolumbijskiej, o ceramice, metalach ciężkich, tkaninach. Recepcja hotelu organizuje nam taksówkę do Museo National. Po prawie godzinnej przeprawie przez 10milionowego molocha stajemy przed gmaszyskiem o kubaturze kilku supertankowców, pokrytym granitem. Wewnątrz czynne trzy sale. Sala ogólnoartystyczna ze wszystkim po trochu – od złotej indiańskiej zbroi, przez ceramikę, ziemniaki, po obrazy batalistyczne obrazujące udział Peruwiańczyków w wojnie o Meksyk. Sala ziemniaka, jest w istocie piętrem ziemniaka (dokładnie 4tym), który jest narodową dumą Peru – ojczyzny wszystkich ziemniaków. Ta sala była ciekawa – pokazywała ponad 400 odmian ziemniaków w różnych kompozycjach z ich udziałem, a także z udziałem koszy wiklinowych, udrapowanych tkanin i innych akcesoriów pomagających w uwydatnieniu naturalnego wdzięku i piękna ziemniaków. Pokazano ponadto sztukę współczesną inspirowaną ziemniakiem, sztukę ludową pozostającą w dużej części w nurcie ziemniaczanym, a także ekspozycje ilustrujące najnowsze osiągnięcia przemysłu ziemniaczanego (LAYS) oraz wpływ ziemniaka na obecne życie w różnych częściach Peru i świata. Bardzo nam się podobały zwłaszcza przedstawienia ziemniaka w ujęciu młodych, awangardowych artystów, bo dobitnie udowadniały, że o przyszłość ziemniaka na peruwiańskiej niwie artystycznej można się przestać martwić. Ostatnia czynna sala (piętro 6) to przygnębiająca w treści instalacja o niedawnej walce ze Świetlistym Szlakiem – mnóstwo świetnych fotografii plus nagrania z wieców, policyjnych przesłuchań, kanonady i krzyki ulicznych zamieszek, muzyka patriotyczna w stylu „Janek Wiśniewski padł” – wszystko w intrygująco pozawijanej przestrzeni – dołujące w treści ale ogólnie chyba bardzo budujące. Tyle. W najciekawszej części muzeum – zamknięte sympozjum i nie ma wejścia bez akredytacji. Wychodzimy z niedosytem i dużą nadwyżką czasu. A tu niespodzianka. Zaczepia nas taksówkarz i po krótkiej wymianie zdań jedziemy do Museo Larco. I to było szczęście. Zobaczcie – www.museolarco.org. Warto tam wziąć przewodnika, który za godzinny tour życzy sobie 20 zł. Wśród dziesiątek tysięcy eksponatów znaleźliśmy gablotkę z preinkaskimi nożami ofiarnymi datowanymi na X wiek. Służyły do podcinania ludzkich gardeł. Wyglądały cholernie znajomo, a było ich pięć. Szósty został w kieszeni munduru, na lotnisku w Cuzco. Nie mamy go nawet na zdjęciu. Nie wiem czy szkoda. Wracamy do domu.

13dzień. Sobota.
W Amsterdamie mamy 50 minut na przesiadkę. Jak ktoś tam był, to wie, że to za mało na obiegnięcie lotniska. Oczywiście bramki pomiędzy łączonymi lotami są „w kontakcie” w przewidzianym czasie. Ale nie bezwarunkowo. Ciemnowłosy jegomość wydał się pani oficer o coś podejrzany. Stał w tej samej kolejce co my. Utknęliśmy na pół godziny. Po przejściu przez bramkę (jeszcze 15 minut) zaczęliśmy bieg, wspomagany tu i tam ruchomym chodnikiem. Bramka E 38. Świetnie działa info wizualne, więc biegniemy jak po sznurku. Zaprawa na dużych wysokościach pomaga. Przybiegamy 10 minut po czasie. Pusto. Kurrrrka. Spóźniony, ale szczery podchodzę do najbliższego okienka. Przepraszają, ale z powodów technicznych proszą do E 36. 200 m wcześniej. Czekają na nas. Ale są fajni! Warszawa – najpierw stary terminal, potem Dworzec Centralny...Witaj Domie!

Post scriptum. Środa 20.08.08
W Polityce ukazuje się recenzja płyty Jacka – Bach Muzyk for French Horn. Za te wakacje jestem mu to winien w ty miejscu. Nie ma na niej „Sto lat”, nie ma też nic o pomidorach. Dziwne w przyjemny sposób.








Pozbądź się reklamZałóż darmową stronęEdytuj tę stronęZgłoś naruszenie
377